Dodawajcie komentarze i opinie

Bardzo was proszę o dodawanie komentarzy do moich postów. Chcę znać waszą opinię. Jeśli macie pomysły na przygody Nessie to z chęcią je przeczytam i postaram sie umieścić je w moich opowiadaniach.
Mam nadzieję, że będziecie często odwiedzać mojego bloga, ciekawi dalszych przygód pół wampirzycy.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Multi-kultura

Kochani!a
Mam do was jeszcze jedno pytanie. Skąd się wzięliście w Arabii Saudyjskiej?
Nigdy bym nie pomyślała, że zajrzy tu ktoś z drugiego końca świata :)
Dzięki!
Buziaki
Zuzu


Nowe posty

Kochani!
Taki piękny rozdział wam napisałam, ale nie pasuje do kontekstu. Jeszcze na niego za wcześnie. Dużo za wcześnie. Ale miałam wenę, to ją wykorzystałam. Dam wam znać jak przyjdzie na niego czas, a na razie musicie sie uzbroić w cierpliwość. Czytając tego bloga na pewno macie jej wiele :)
Tak czy siak, ROZDZIAŁ 11 - ADRENALINA powoli się tworzy. Pomysł jest tylko jakoś się nie chce zapisać :D
Mam nadzieję, że już niedługo się to zmieni.
Buziaki,
Zuzu
PS Szczerze, gorąco i bardzo serdecznie chcę podziękować Julce Karaś. Jesteś wspaniała, a ja jestem Ci tak bardzo wdzięczna za wsparcie. Uśmiecham się za każdym razem, gdy widzę Twój komentarz. DZIEKUJĘ DZIEKUJĘ DZIEKUJĘ

środa, 2 sierpnia 2017

Facebook

Kochani moi!
Mam dla was wspaniałą wiadomość.
Wróciłam! Tak, wiem, że to już wicie. I nie, nie wiem na jak długo. ale to nie jest ta nowina.
Otóż, utworzyłam stronkę na Facebooku, żeby ułatwić wam wszystkim odnajdywanie informacji o nowych rozdziałach.
Tak więc, serdecznie zapraszam LUBIĘ TO
i jeszcze jedno. Czy wiecie, że nie mogę czytać "Zmierzchu"? Najnormalniej w świecie nie mogę, bo jak zaczynam to od razu mam ochotę coś dla was napisać. I zamiast czytać, piszę. Chore, prawda?
Buziaki,
Zuzu

ROZDZIAŁ 10 - OBCY WAMPIR

Rozglądam się dookoła i nasłuchuję, ale nie zauważam nic podejrzanego, czy choćby nadzwyczajnego. Niepewnie wsiadam do szoferki i blokuję drzwi. Zupełnie jakby zamek miał mnie ochronić przed wampirem. W starciu jeden na jednego nie miałam szans. Byłam tylko pół wampirem, nie jestem ani tak szybka ani tak zwinna jak one. Ostrożnie wyjeżdżam z uliczki, a gdy tylko znajduję się na utwardzanej drodze wciskam gaz do dechy. Mój samochód osiąga naprawdę wielkie szybkości, ale w porównaniu z wampirem to i tak nie wystarczy.
Karcę się w myślach. Od razu przewiduję najgorszy możliwy scenariusz. Może ten ktoś jest tylko ciekawy, albo nawet lepiej, nie zdaje sobie sprawy z mojej obecności. Taa, jasne. Pobożne życzenia. Wracając do Forks mam nieustanne wrażenie, że ktoś mnie śledzi. I co ja do jasnej Anielki mam zrobić?! Nie mogę wrócić do domu Charliego, bo ściągnę mu na kark wampira! Powinnam zadzwonić do Jake’a i poprosić go o pomoc. Powinnam, ale nie mogę.
Jasna cholera! Musiałam upuścić telefon, gdy stałam w lesie bo nie mam go przy sobie. Cholera, cholera, cholera! Co mam robić? Jestem już nie na żarty przerażona i cały czas zerkam w lusterka wsteczne. To, że nic w nich nie widzę wcale mnie nie pociesza. Z każdą minutą zbliżam się do Forks, ale nie podoba mi się pomysł zaprowadzenia nieznanego wampira do miasta. Normalnie pojechałabym do Jake’a ale podejrzewam, że on nadal jest w Charliego. Na skrzyżowaniu skręcam w stronę La Push. Muszę znaleźć się w miejscu, gdzie jest dużo wilków, pytanie tylko, gdzie jest dużo wilków. O tej porze wszyscy są pewnie w swoich domach, czyli innymi słowy, każdy z nich jest sam, a ja nie zamierzam narażać moich przyjaciół jeśli nie będą mieć oczywistej przewagi liczebnej. Gdzieś zapewne krążył patrol, wysyłali jeden co noc, ale nie mam pojęcia gdzie go znajdę. Poza tym nie znam za dobrze tutejszej sfory. Na domiar złego przed chwilą zjechałam z głównej drogi i chcąc nie chcą musiałam zwolnić by wyrobić się na zakrętach. Nie żeby samochód stanowił przeszkodę dla wampira, ale zawsze było to coś. Z braku lepszych pomysłów zaczynam krążyć po La Push z zatrważającą prędkością jak na tutejsze drogi. Jadę właśnie wzdłuż plaży, gdy widzę grupę młodych Quileute’ów. Hamuję z piskiem opon w nadziei, że znam któregoś z nich.  Mam szczęście. Moje pojawienie zwraca ich uwagę, a ja szybko rozpoznaję wśród obecnych Seth’a i Anthony’ego, dwójkę znanych mi wilków ze sfory Jacoba. Oddycham z ulgą i podbiegam do Seth’a.
- Ness, co jest? Goni cię ktoś? – pyta chłopak ze śmiechem.
Przykładam mu rękę do policzka, by pokazać o co chodzi. Jestem tak przerażona, że ręka cała mi się trzęsie. Widzę jak zmieniają się oczy Seth’a gdy dociera do niego co się dzieje. Chłopak natychmiast zrywa się do biegu i znika w najbliższych krzakach. Ku mojemu zaskoczeniu, Anthony i jeszcze kilku obecnych podąża za nim. Zaledwie kilka sekund później słyszę wilcze wycie. Seth zwołuje watahę.
- Co to było? – pyta jeden z chłopców, którzy zostali na plaży.
Cholera, muszę jakoś pozbyć się ich z plaży. Nie będzie z nimi dobrze, jeśli tu zostaną.
- O coś się założyli. Nie wiem dokładnie o co, ale ja bym na nich nie czekała – jestem z siebie dumna, głos prawie mi nie drży.
- A ja bym jej posłuchała – słyszę znajomy głos za plecami. Odwracam się i widzę Leah Clearwater. Kogo jak kogo, ale jej się tu nie spodziewałam. Dziewczyna mówi coś do chłopaków po quileucku, a oni z ociąganiem wstają i rozchodzą się.
- Nareszcie – mruczy dziewczyna, a następnie obejmuje mnie ramieniem i prowadzi w stronę mojego samochodu. Jeszcze nie rozgryzłam tej dziewczyny. Ma wąty do wszystkich wampirów i szczerze ich nienawidzi, ale jednak mnie toleruje. Może nawet lubi, ale w jej przypadku ciężko coś stwierdzić. Jedyne co wiem o niej na pewno to to, że ze wszystkich sił stara się przestać być wilkołakiem i to, że przyjaźni się z Jake’iem, chociaż istoty tej przyjaźni już nie rozumiem.
- Co tak stoisz? Chodźże wreszcie zanim Jacob rozszarpie mnie na strzępy – zwraca się do mnie zniecierpliwiona. Patrzę na nią ze zdziwieniem, a dziewczyna w odpowiedzi wskazuje na pobliskie drzewa. Przyglądam im się przez chwilę i w końcu dostrzegam co miała na myśli. Parę ciemnobrązowych oczu. Wielkich, wilczych oczu które tak dobrze znam. Od razu wiem, że Jacob jest wściekły. Tkwi w krzakach dopóki nie wsiadam do samochodu, a potem znika.
Leah nic nie mówi przez całą drogę. Zatrzymuje się dopiero pod domem Billy’ego. Nadal się nie odzywa, wysiada z samochodu i znika mi z oczu uciekając do lasu. Co to do licha miało znaczyć?
Nagle ktoś puka w szybę, aż podskakuję z przerażenia. Na szczęście to tylko Jake. Od razu otwieram drzwi, a chłopak sięga do środka i bierze mnie na ręce. Wtulam się w niego jak małpka. Wiem, że to złe, ale w tej chwili jestem tak zestresowana… A przy Jake’u zapominam o złowrogich wampirach, dziwnym zachowaniu wilków, nawet o tym, dlaczego nie powinnam się tak do niego przytulać. Chłopak obejmuje mnie przez kilka cudownych minut. W końcu stawia mnie na ziemi, ale nie wypuszcza z objęć.
- Coś ty dzisiaj odwaliła, Nessie – szepcze w moje włosy, ale jestem prawie pewna, że mówi do siebie. Mimo to przykładam mu dłoń do policzka i w skrócie przedstawiam wydarzenia ostatniej godziny. Jake ogląda w milczeniu. Gdy kończę swój mały pokaz wreszcie się odzywa:
- Nie rozumiem, dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś.
Pokazuję mu, że zgubiłam telefon. Chłopak kręci głową.
- Jesteś bardziej podobna do Belli niż myślałem – wzdycha. – Ale możesz mi wytłumaczyć, dlaczego krążyłaś po La Push jak jakiś pirat drogowy zamiast od razu do mnie przyjechać?
- Myślałam, że wciąż jesteś u Charliego. A nie chciałam ściągnąć mu na głowę wampira – chłopak kiwa głową. – A co do krążenia po La Push… miałam nadzieję znaleźć jakieś wilki.
Jacob patrzy na mnie pytająco.
- Pomyślałam, że lepiej by było gdybyście mieli przewagę liczebną – tłumaczę się.
- Wciąż nie rozumiem, ale ok – mówi chłopak. W tej samej chwili rozlega się wilcze wycie.
- Cholera – przeklina Jacob. – Ness, nie ruszaj się stąd, zaraz wrócę. Przysięgam. I cały czas będę blisko – dodaje, całuje mnie we włosy i odbiega w stronę lasu. Jeszcze zanim znika za drzewami, cały się trzęsie. Czekam zaledwie dwie minuty, gdy zza drzew wyłania się Jacob. Od razu do mnie podchodzi i ponownie mnie obejmuje.
- Co jest? – pytam zaniepokojona.
- Chodźmy do domu – mówi tylko i prowadzi mnie w stronę budynku.

Gdy wchodzimy do środka, z zaskoczeniem stwierdzam, że nie ma tu Billy’ego.  Uzmysławiam sobie, że do tej pory uważałam Billy'ego za coś w rodzaju elementu wyposażenia. Już mam o to zapytać, ale Jake prowadzi mnie do malutkiego saloniku i sadza na kanapie wciaz\ż nie puszczając mojej ręki przez co niemal siadam mu na kolanach. Jestem taka zestresowana, ze nawet nie bardzo się tym przejmuję.
- Tak strasznie się o ciebie dzisiaj bałem. Byłem w drodze do domu, gdy Seth się zmienił i... Boże, już bardzo dawno nie byłem taki przerażony. Nie rób mi tego więcej - mów dobitnie obejmując mnie swoimi wielkim ramionami.
- Postaram się - mówię starając się rozładować atmosferę. Nie widzę twarzy chłopaka, ale wiem, że się uśmiecha.
- Chociaż właściwie nic się nie stało. Dobrze zrobiłaś przyjeżdżając od razu tutaj. Ten ktoś cię śledził, ale uciekł, gdy tylko natknął się na tropy sfory. Chłopaki chciały go ścigać, ale się nie zgodziliśmy. Może już nie wróci.
- Może - w moim głosie słychach powątpiewanie.
- Bez obaw, Ness. Wszystko będzie dobrze. Nie spuścimy z oka ani ciebie, ani Charliego. ale dla pewności, będzie lepiej jeśli postarasz się przesiadywać tutaj, w La Push. Cholerne deja vu!
- Co? - nie zrozumiałam tego ostatniego.
- No wiesz, jak Bella była człowiekiem, polowało na nią sporo wampirów. Przesiadywała wtedy całymi dniami na plaży w rezerwacie. A potem pilnowaliśmy jej na zmianę z Cullenami. No właściwie to ja pilnowałem jej na zmianę z Culenami.
- Dalej nie rozumiem - skarżę się.
- Nie byłem wtedy Alfą, a Sam nie zgadzał się na układy z wampirami, więc to ja pilnowałem Belli na dwie zmiany.
- Jake - jęknęłam z rozpaczą.
- Spokojnie Ness, to były stare czasy. Teraz sam jestem Alfą i mogę oddelegowywać zadania. A tak z innej beczki, idziesz jutro do Emily?
- Tak.
- To dobrz... - przerwało mu ziewnięcie.
- Jake, jesteś wykończony.
- Wcale nie. Bywało ze mną dużo gorzej.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Lepiej mi powiedz o co chodziło z tym Seattle dzisiaj.
- To znaczy?
- No nie pojechałaś do Seattle, a przecież chciałaś. Dlaczego?
- Zmieniłam zdanie.
- A dlaczego... - zawahał się. - Czemu nie zadzwoniłaś?
- Jacob, czy ty naprawdę pytasz mnie dlaczego nie poprosiłam cie o towarzyszenia mi w łażeniu po sklepach?
- No tak. Masz rację.

poniedziałek, 31 lipca 2017

ROZDZIAŁ 9 - SEATTLE ALBO NIE

Bez komentarza kochani. Cieszę się, że jesteście

***

Wbrew temu co zaplanowałam kładąc się spać, wstaję wyjątkowo późno. I to w dodatku nie dlatego, że dzwoni budzik! Obudził mnie zapach śniadania dochodzący z dołu. Pociągam nosem: jajecznica na bekonie! Fuj! Jak ja nie znoszę mięsa! Już dawno miałam porozmawiać z Sue na ten temat i teraz oczywiście tego żałuję. Zrywam się więc z łóżka i nie zawracając sobie głowy strojem zbiegam na dół po schodach.
- Cześć wszystkim! - wołam wchodząc do kuchni. Charlie tylko skinął głową mając usta pełne jajecznicy, która paruje przed nim na stole. Ale Sue wita się bardzo entuzjastycznie:
- Nessie, kochanie! Zjesz z nami?
- Nie, dziękuję bardzo, ale nie. Sue, możemy porozmawiać? - pytam, wskazując głową na salon. Kobieta chyba zrozumiała, że chcę pogadać w cztery oczy, wyciera więc ręce w ściereczkę i znika w drugim pokoju. Zanim do niej dołączam Charlie posyła mi pytające spojrzenie, ale nic mu nie odpowiadam.
- Złotko, co się stało? Wszystko w porządku? Dostałaś miesiączkę? - w jej głosie słychać wielką troskę, ale ja aż zachłystuję się powietrzem:
- Co?! Nie, nie! Nic z tych rzeczy - zaprzeczam natychmiast. Nic dziwnego, że Leah jest taka jaka jest, skoro jej matka uważa, że jedyny powód prywatnej rozmowy to okres! - Przecież jestem pół-wampirem. Chodzi mi o jedzenie.
- Jedzenie? - teraz to Sue wydaje się zbita z tropu.
- Widzisz, ja jestem przekonana, że wspaniale gotujesz. Zresztą wszyscy to potwierdzają: Jake, Charlie, Seth... Tylko, jak już mówiłam, jestem pół-wampirem. Ja jem inaczej niż wy - głupio się czuję musząc jej to tłumaczyć.
- Och, oczywiście, rozumiem. Ale wydawało mi się, że możesz jeść ludzkie jedzenie. Bella mówiła...
- Mogę jeść, to prawda - przerywam jej.  - Ale mi nie smakuje. Nie chcę cię urazić i błagam, nie bądź na mnie zła ani smutna. Ja zwyczajnie nie lubię mięsa. Jadam pieczywo, naleśniki, ciastka, czasami makaron. Ale inne rzeczy po prostu mi nie smakują. A mięso to już w szczególności.
- Renesmee, bardzo Cię przepraszam. Nie miałam pojęcia.
- Sue, nic się nie dzieje. Po prostu chciałam ci powiedzieć i wytłumaczyć czemu nic nie jem. Nie musisz się mną przejmować. Ja będę sobie jeść na własną rękę.
- Co to to nie! Zrób mi tylko listę, a będę gotować co tylko sobie zażyczysz.

Przewracam oczami, ale nie mam zamiaru dalej się z nią kłócić. Nie znam jej, ale podejrzewam, że i tak nie dałaby się przegadać. Dlatego tylko uprzejmie dziękuję i udaję się z powrotem do mojego pokoju. Szybko się ubieram, łapię pierwszą z brzegu torebkę i ponownie schodzę na dół. Przypominam Charliemu i Sue dokąd się wybieram i wychodzę z domu szybko się żegnając. Nie mam ochoty jechać do Seattle. Nie uśmiecha mi się taka wyprawa, ale z drugiej strony muszę coś ze sobą zrobić. I muszę trzymać się z dala od Jacoba. To też mi się nie podoba, ale naprawdę MUSZĘ tak postąpić. Dla jego dobra i mojego własnego również. Nie mogę się w nim zakochać. To jest nie tylko absolutnie niemożliwe ze względu na różne rasy, ale również przez wzgląd na wszystko inne. Moi rodzice, rodzina i sfora Jake’a, oni by tego nigdy nie zaakceptowali. Już ja dobrze o tym wiem. No i jeszcze ten drobny szczegół, że byłaby to bardzo nieodwzajemniona miłość…
Z tych ponurych rozmyślań wyrywa mnie dzwonek telefonu. Jest to z całą pewnością mój telefon, bo choć nigdy wcześniej z niego nie korzystałam w samochodzie rozbrzmiewa moja kołysanka. Chwilę grzebię w torebce i w końcu wyławiam z niej moją komórkę. Odbieram, nie patrząc kto dzwoni.
- Halo?
- Nessie! – słyszę w słuchawce głos mamy. – Wreszcie odebrałaś! Tak bardzo się za tobą stęskniłam – wzdycha. Na pewno była to prawda, bo Bella zwracała się do mnie „Nessie” tylko w bardzo wyjątkowych sytuacjach.
- Cześć mamo – witam się.
- Co porabiasz? Jak ci mija czas? Opowiadaj.
- Ech, nic takiego. Jadę właśnie samochodem. Jest super, podobnie jak wszystkie inne prezenty. Bardzo wam dziękuję.
- Skarbie, to żaden problem.
- Ale i tak przekaż pozostałym moje podziękowania – nalegam.
- Jak tylko ich spotkam – obiecuje mama. – Ale córeczko, kochanie, mów jak ci się żyje w Forks.
- Całkiem normalnie – odpowiadam zdezorientowana.
- Wiesz, co mam na myśli. Jak spędzasz dnie? Nie nudzisz się.
Już dawno podjęłam decyzję by nie opowiadać mamie wszystkiego, zwłaszcza o Jake’u. Nie mam najmniejszej ochoty tłumaczyć się jej dlaczego uważam, ze powinniśmy przestać się spotykać. Dlatego podejmuję decyzje by grać szczęśliwą nastolatkę. Opowiadam mamie o spotkaniu z jej szkolną znajomą, o zakupach i o umeblowaniu pokoju. Powtarzam również historyjkę o wycieczce do Seattle chociaż jadę w przeciwnym kierunku i jestem na najlepszej drodze by znaleźć się w Oregonie.
- Żyjesz w innych czasach niż ja – mówi Bella niespodziewanie, gdy kończę.
- Co? Mamo, brzmisz jak…
- Jak Edward, wiem o tym – przerywa mi.
Ma rację, mojemu tacie często zdarza się nawiązywać do dawnych czasów, nawet tak dawnych jak czasy, gdy był jeszcze człowiekiem. Moja mama też czasem to robi, tyle że czasy jej człowieczeństwa sięgają zaledwie siedem lat wstecz, więc ciężko jej mówić „w moich czasach”, bo one w gruncie rzeczy nadal trwają.
- Tylu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz, Renesmee – wzdycha, a ja zachodzę w głowę o co tej kobiecie chodzi.
- Mamo, możesz jaśniej?
Słyszę jak się śmieje, a potem woła po imieniu mojego tatę. Ten gest nieustannie mnie bawi. Moja mam zamiast skorzystać ze swoich wampirzych zmysłów i ocenić czy ktoś jest w pobliżu, woli go zawołać i ustalić to w ten sposób.
- Twojego ojca nie ma więc mogę mówić – odpowiada po kilku sekundach ciszy i zaczyna jedną z nielicznych historii których jeszcze nie słyszałam. Bella opowiada mi o kilku miesiącach swojego ludzkiego życia, po tym jak ponownie zeszli się z Edwardem, ale zanim została jego żona. Wspomina jak musiała walczyć o to by jej chłopak i najlepszy przyjaciel jakoś ze sobą koegzystowali. Mówi mi jak wymykała się z domu by spotkać Jacoba.
- Także widzisz, przecierałam ci szlaki – kończy swoja opowieść.
- Chyba nie rozumiem.
- Nie miałabyś szans spotykać się z Jake’iem gdybym wcześniej nie przygotowała na to Edwarda – śmieje się.
- Gdybyś nie spotykała się  z Jacobem to ja raczej i tak bym go nigdy nie poznała.
- Myślę, że jednak byś poznała. I wolę nie myśleć ile problemów by to wywołało.
- Mamo, o czym ty mówisz? – zupełnie jej nie rozumiem.
- Kiedyś ci o tym opowiem. Obiecuję. Ale jeszcze nie teraz.
 -O czym opowiesz? Dlaczego mówisz takimi zagadkami?
- Jeszcze tak wielu rzeczy o mnie nie wiesz, kochanie – powtarza, po czym niespodziewanie zmienia temat. – Powiedz mi, czy opowiadałam ci kiedyś o tym jak Jacob i Edward walczyli na zapachy?
Mama mówi dalej, ale nie bardzo ją słucham. Zastanawiam się nad tym co wcześniej powiedziała. O przecieraniu szlaków i innych rzeczach.
- Mamo, czy ty byłaś zakochana w Jacobie? – przerywam jej w pół słowa.
Słyszę westchnienie, a następnie zapada cisza. Trwa tak długo, że zaczynam podejrzewać, że mama się rozłączyła, ale wtedy odzywa się głosem pełnym napięcia.
- Dla dobra własnego, mojego i wszystkich innych, przyjmij, że odpowiedź na to pytanie brzmi nie i nigdy nie wracaj do tego tematu. A teraz, wybacz, musze już kończyć. Edward wrócił – i rozłączyła się.

Było to dla mnie tak wielkim zaskoczeniem, że jeszcze przez dobrą minutę trzymałam komórkę przy uchu. Z odpowiedzi mamy wynikało jasno, że ona go kochała i że nie chce nigdy do tego wracać. Upór odziedziczyłam po obu rodzicach, więc wiedziałam jedno: na pewno nie odpuszczę i będę drążyć temat. Skoro mama nie chciała mi odpowiedzieć, będę zmuszona pogadać z kimś innym.
Od dłuższego czasu jadę przez drogę prowadzącą przez las. Zjeżdżam w najbliższą boczną ścieżkę i postanawiam wybrać się na polowanie. Nigdy nie lubiłam polować, a już w szczególności samotnie, ale po pierwsze już bardzo dawno nie polowałam, a nie powinnam tego tak długo odwlekać, bo źle działało to na mój charakter, a po drugie była to jedna z niewielu dostępnych teraz opcji by oderwać się od przykrych rozmyślań o Jake’u. Polując mogłam się skupić na chwili obecnej i nie myśleć o niczym innym. A tego właśnie potrzebowałam.
Podczas polowania miałam szczęście i nieszczęście jednocześnie. Dość szybko wpadłam na trop jakiegoś drapieżnika, ale gdy podążyłam jego śladem okazało się, że to wilk. Nie wilkołak oczywiście, tylko zwyczajne głupie zwierzę, ale nie mogłam się zdobyć by go zabić. Nie potrafiłam i nie chciałam zabijać wilka. Za bardzo je kocham. Dlatego musiałam zadowolić się jakimś jeleniem, a nawet dwoma. Gdy wracam do samochodu, okazuje się, że mam sześć nieodebranych połączeń. Wszystkie od Jacoba. Wzdycham i odkładam telefon. Bardzo chcę do niego zadzwonić i usłyszeć jego głos i właśnie dlatego nie mogę tego zrobić. Zanim jednak zdążam wsiąść do auta, telefon dzwoni ponownie. Tym razem jest to Charlie.
- Proszę? – odbieram.
- Ness, nic ci nie jest?
- Nie, dlaczego miałoby mi coś być? – pytam zaskoczona.
- Może ty jej to wytłumaczysz – mówi, a ja słyszę jak podaje komuś słuchawkę. Jeszcze zanim się odezwie wiem kto jest z Charliem.
- Nessie, dlaczego nie odbierasz telefonu? Wydzwaniam do ciebie od godziny i… – Jacob nadal coś mówi, ale już go nie słucham, bo w tym samym momencie czuję w nozdrzach dziwny zapach. Nie znam go, ale bez problemu rozpoznaję. To wampirza woń. Wampir, obcy wampir był przy moim samochodzie nie więcej niż dziesięć minut temu. Cała się spinam.

- Jake, musze kończyć – rzucam do słuchawki i rozłączam się.

piątek, 17 czerwca 2016

Wróciłam!

Cześć cześć moi kochani!
Bardzo was przepraszam (znowu) że nic nie pisałam. I to przez tak długi okres czasu! To karygodne i zdaję sobie z tego sprawę. Nie żebyście mnie w jakikolwiek sposób zachęcali do pisania (brak komentarzy, brak nowych wyświetleń, brak plusików o które prosiłam), ale i tak głupio się czuję. Miałam urwanie głowy w szkole, walka o oceny, itd. Ale zakładam że wszyscy to znacie :) Jednak teraz są już prawie wakacje i postanowiłam wrócić. Nie wiem na jak długo, ale jutro na pewno pojawi się nowy rozdział, a do końca czerwca pewnie jeszcze ze dwa. Obiecanki cacanki jak to się mówi, ale obiecuję się postarać
Na razie to tyle. Mam nadzieję że jeszcze ktoś tu zagląda i czeka na dalsze losy Nessie ;)
Całusy
Zuzu

czwartek, 31 marca 2016

ROZDZIAŁ 8 - TORTILLA I ZAKUPY

Tak jak się spodziewałam, dzień należał do udanych. Ani ja, ani Jake nie mieliśmy ochoty na typowe łażenie po sklepach dlatego dość szybko załatwiliśmy wszystkie sprawy. Chociaż to zależy jak na to patrzeć. Szybko w porównaniu do tego ile czasu spędziłam z Alice (przypomnę, że z nią byłam w jednym sklepie, a teraz przeszłam przez wszystkie w Forks - całe 12 sklepów), długo zważywszy na to, że wróciliśmy dopiero na kolację. W każdym bądź razie, po powrocie Jacob pomógł mi zanieść wszystkie nasze pakunki do mojego pokoju i, pomimo usilnych próśb Sue, nie został na spóźniony obiad. Ja sama też nie bardzo miałam ochotę na przygotowany przez nią gulasz mięsny. Muszę koniecznie z nią o tym porozmawiać! Dlatego też grzecznie odmówiłam lekko naginając prawdę i mówiąc, że byłam na polowaniu.
Kiedy juz znalazłam się w moim pokoju zabrałam się za urządzanie go. Zaczęłam od ubrań, odrywając od nich metki, składając je i starannie układając w szafie. Zawiesiłam zasłony i przykryłam łóżko fioletową narzutą. Na regale poustawiałam książki i płyty sprawiając, że album i pamiętnik nie były juz takie samotne. Dopiero wtedy zajęłam się prezentami. Wieża stereo wylądowała na komodzie, laptop na biurku razem z nową lampką. Tablet, podobnie jak słuchawki i moje stare mp3 schowałam do szuflady przy łóżku. Jacob kupił mi też (upierał się że to on zapłaci) mnóstwo zestawów typu "zrób to sam" i "mały majsterkowicz", więc zabrałam się do pracy nad nimi. W ten sposób na moich firankach wylądowały motyle, a lampka nocna zalśniła cekinami. Ponadto na wolnych półkach położyłam dziergane serwetki i ręcznie malowane figurki. Na koniec kilka obrazków na ścianę i poduszek na łóżko. Wreszcie czułam się jak w domu, a pokój zrobił się chyba nawet przytulniejszy od tego w Fall City.
Byłam zaskoczona gdy na zegarku (tak, kupiłam sobie też zegarek) zobaczyłam, że jest po drugiej w nocy. Wcale nie byłam zmęczona. Jednak dla zasady przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. I naprawdę byłam zaskoczona gdy jednak zasnęłam.
***
To może się wydawać dziwne, ale obudziwszy się o 6:30 byłam całkiem wyspana, za to przeraźliwie głodna. Tym razem postanowiłam się ubrać przed zejściem na dół, ale, jak się okazało, niepotrzebnie, bo w kuchni nikogo nie było. Naszła mnie ochota na naleśniki, więc z braku laku musiałam je sobie przygotować. Nie chwaląc się wyszły mi takie całkiem dobre. Ale przyznam, że bardzo się starałam.
Po zjedzeniu śniadania znalazłam się w bardzo trudnej sytuacji. No bo co do Jasnej Anielki mam ze sobą zrobić?! Oczywiście cieszyłam się z przyjazdu do Forks, bo bardzo tęskniłam i w ogóle, ale jak tak siedziałam w kuchni to doszłam do wniosku, że nikogo tu nie znam. Oczywiście jest Charlie i Sue, ale oboje są w pracy, a zresztą nawet gdyby byli w domu to sama nie wiedziałam co chciałabym z nimi robić. No i były jeszcze wilki... Na samą myśl o nich serce podskoczyło mi w piersi, ale nie pozwoliłam swoim myślom zapędzić się za daleko. Spotkanie z Jake'm byłoby najprostszym i najprzyjemniejszym i najlepszym i najweselszym rozwiązaniem, ale jednocześnie najgorszym, najgłupszym, najbardziej naiwnym! W końcu miałam się od niego odzwyczajać, a nie pędzić do niego za każdym razem, gdy nikogo nie ma w pobliżu. Koniec końców doszłam do wniosku, że siedzenie w kuchni na nic mi się nie przyda więc wstałam od stołu i postanowiłam zająć się sprzątaniem. Całą swoją uwagę skupiłam na wycieraniu, odkurzaniu, myciu i układaniu. Kiedy już wszystkie pokoje były czyste zajęłam się kuchnią i łazienką. Zrobiłam pranie i przebrałam pościel na łóżkach. Po skończeniu z wszystkim wcale nie byłam szczególnie zmęczona i po raz pierwszy odkąd wstałam spojrzałam na zegarek. 13:21. Że co?! Zdaję sobie sprawę, że wampirom czas szybko leci, ale na miłość Boską posprzątałam cały jednopiętrowy dom rodzinny, a minęło dopiero pięć godzin! Niewiarygodne! Prawdę powiedziawszy byłam wtedy bliska załamania. Ale wtedy przypomniałam sobie co opowiadała mi kiedyś mama. Był taki czas w jej ludzkim życiu, że nie wiedziała jeszcze o prawdziwej, na powiedzmy, naturze taty. W związku z czym nie spędzała z nim każdej wolnej chwili i musiała znajdować sposoby na tzw. zabijanie czasu i wtedy mama... gotowała. Wśród kuchennych szafek udało mi się znaleźć kilka książek z przepisami oraz, na czym najbardziej mi zależało, odręczne notatki Belli.
Na obiad postanowiłam przyrządzić tortille nadziewane kurczakiem. Miałam nadzieję, że skupiona nad tym pracochłonnym daniem będę w stanic odegnać uporczywe myśli. Kiedy podsmażałam cebulę z papryczkami chilli, zadzwonił telefon. Niechętnie podniosłam słuchawkę, bojąc się, że to jedno z rodziców. Dzwoniła Emily - Bardzo chciała, żebym następnego dnia wraz z Charliem i Sue przyszła do niej i Sama na obiad. Od razu zapewniła mnie, że całe dwie sfory będą obecne. Oczywiście podziękowałam i próbowałam wymigać się zakupami w Seattle. Ale Emily powiedziała, że skoro jutro ja nie dam rady to zaprasza na niedzielę. No i musiałam się zgodzić.
Po rozmowie z Em próbowałam skoncentrować się na obiedzie, zwłaszcza przy krojeniu kurczaka w kostkę - nie uśmiechała mi się wizyta na pogotowiu. Nie było to jednak łatwe, bo wciąż wracałam myślami do mojego zakazanego tematu, a przed oczami co chwila widziałam obraz twarzy Jacoba. Było ze mną niedobrze. Dlaczego nie mogliśmy dalej się przyjaźnić, tak jak było zawsze. Dlaczego ja, skończona idiotka, ze wszystkich sił staram się to zepsuć? Jake nie mógł zauważyć, jak na niego reaguję, jak śledzę go wzrokiem. Nie mogłam do tego dopuścić! Nie byłam w jego typie, nie miałam szans.
Przecież to oczywiste, że nie mam u niego szans, pomyślałam, ganiąc się za naiwność. Oczy mnie piekły, ale to, dlatego, że parę minut wcześniej kroiłam cebulę. To on z nas dwojga był chodzącym ideałem, prawda? Będę twarda, obiecałam sobie. Mogę dać sobie z nim spokój. Dam sobie z nim spokój. Przetrwam dobrowolne zesłanie, a potem, jeśli mi się poszczęści, jakaś szkoła z południowego zachodu albo Hawajów zaoferuje mi stypendium. Pakując tortille do piekarnika, wyobrażałam sobie palmy i gorące plaże. Charlie wyglądał na zaniepokojonego, kiedy po powrocie do domu wyczuł zapach zielonej papryki. Miał prawo być podejrzliwy - najbliższa meksykańska knajpa, w której można było się stołować bez obaw, znajdowała się zapewne w południowej Kalifornii. Ale jako gliniarz, choćby i z małego miasta, zebrał w sobie dość odwagi, by spróbować mojego dzieła. Sue miała trochę więcej oporów. Pozwoliła Charliemu zjeść pierwszemu i dopiero kiedy stwierdziła, że przetrwał kilka kęsów bez większego szwanku zdecydowała się skosztować. I chyba im smakowało. Przyjemnie było obserwować, jak stopniowo nabierają zaufania do mojej kuchni.
- Dziadku? - spytałam, gdy już kończył posiłek.
- Co tam, skarbie?
- Chciałbym jutro wybrać się na cały dzień do Seattle. To jest, jeśli nie masz nic przeciwko. - Zamierzałam nie prosić o pozwolenie, żeby nie ustanawiać niewygodnego precedensu, ale w końcu wyrzuciłam to z siebie, żeby nie poczuł się obrażony. Tak naprawdę wcale nie miałam w planach jechać, ale w takim miasteczku jak Forks wieści niosły się błyskawicznie i wolałam nie ryzykować, że Emily się dowie. Przecież wcale nie unikałam jej tylko... kogoś innego.
- Do Seattle? Ale po co? - Charliemu najwyraźniej nie mieściło się w głowie, że można mieć potrzeby, których nie da się zaspokoić w Forks.
- Chciałabym dokupić jeszcz parę rzeczy do mojego pokoju. No i książek, bo tutejsza biblioteka nie jest najlepiej zaopatrzona, i może połazić trochę po sklepach z ciuchami.
- I pojedziesz tak zupełnie sama? - Nie wiedziałam, czy boi się, że coś mi się stanie, czy że ukrywam przed nim, że mam chłopaka.
- Zupełnie sama.
- Seattle to wielkie miasto - postraszył mnie
 - Och proszę cię, Charlie! Przecież nic mi się nie stanie. Jestem pół wam...
- Tak. Wiem. Nie musisz być taka dokładna. Możesz jechać, oczywiście. Tylko wróć przed północą, dobrze?
- Jasne dziadku! Dziękuję. - Uśmiechnęłam się przymilnie.
I tak oto znalazłam sobie rozrywkę na kolejny dzień. Może zobaczę się z Carlisle'm?

środa, 30 marca 2016

Święta, Święta i po Świętach

Obiecałam rozdział na Święta i nic z tego nie wyszło. Napisałam krótki rozdział i nie jestem z niego zadowolona. I myślałam całe Święta jak go zmienić i przedłużyć i wyobraźcie sobie, że nic nie wymyśliłam. A tu wolne się skończyło, znowu szkoła i urwanie głowy. Piszę żebyście nie pomyśleli, że o was zapomniałam, bo naprawdę Cały czas o Was myślę!
Strasznie dużo tego "myślenia" mi wyszło :)
Jestem pewna, że wielu z Was wolałoby abym ten czas, który właśnie poświęcam na napisanie tego bzdurnego posta poświęciła na kolejny rozdział i dlatego Was przepraszam. Posty informacyjne pisze się dużo łatwiej niż takie z opowiadaniem i dlatego takich jest tutaj najwięcej.
I jeszcze jedno,
spóźnione, ale zawsze, WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH ORAZ ZDROWIA I SPOKOJU NA CAŁY ROK!
Całuski,
Zuzu

poniedziałek, 29 lutego 2016

Przepraszam?

Hej, hej kochani!
To znowu ja. Bardzo dawno mnie tu nie było i ogromnie was za to przepraszam. Ale mam urwanie głowy w szkole, o tym, że były ferie już nawet nie pamiętam :( Obiecałam rozdział a wcale go nie dodałam i obawiam się, że jeszcze przez jakiś czas nie dodam. Potrzebuje chwili wytchnienia a tu sprawdzian za sprawdzianem, kartkówką pogania. Ale dość użalania się nad sobą. Piszę po prostu żeby was przeprosić. Mam nadzieję, że uda mi się coś dodać przed Wielkanocą. Będę się bardzo starać.
Jeśli chcecie to zostawcie mi swojego maila w komentarzu pod tym postem. Jak się coś nowego pojawi to wam podeślę wiadomość.
Jeszcze raz gorąco przepraszam, dziękuję za komentarze i proszę o cierpliwość i dalsze wsparcie.
A teraz idę spać :D
Całusy,
zawsze Wasza,
Zuzu

sobota, 16 stycznia 2016

ROZDZIAŁ 7 - PREZENTY

Kiedy się obudziłam, moje oczy automatycznie powędrowały w stronę szafki nocnej, ale oczywiście zegarka na niej nie było. Wydawało mi się, że spałam bardzo krótko, ale kiedy w końcu wyczołgałam się z łóżka i sprawdziłam godzinę na telefonie okazało się że jest po jedenastej. Nie zawracając sobie głowy ubieraniem się zeszłam na dół. Nikogo się nie spodziewałam, bo zarówno Charlie, jak i Sue powinni być w pracy od ósmej, toteż stanęłam jak wryta kiedy zobaczyłam otwartą lodówkę i stojącego przy  jej Jacoba . Od razu też spłonęłam rumieńcem, bo miałam na sobie tylko pomiętą po spaniu koszulkę.
- Cześć - przywitałam się. - Co ty tutaj robisz? I nie mam na myśli opróżniania naszej lodówki - uprzedziłam jego pytanie.
- Cześć - odpowiedział. Ze sceptycyzmem przyjrzał się mojej "kreacji", ale w żaden sposób jej nie skomentował. - Przyjechałem cię odwiedzić. A co, nie wolno?
- Wolno, wolno. Tylko się ciebie nie spodziewałam - powiedziałam przeciskając się koło niego. Ukroiłam sobie kilka kromek chleba i posmarowałam je sobie masłem. Sięgnęłam do szafki po szklankę i poprosiłam Jake'a o mleko. Podał mi je, ale kiedy usiadłam przy stole i zabrałam się za jedzenie, przyglądał mi się z taką miną jakbym postradała zmysły. Ale tak było zawsze. Jake nie może zrozumieć jak ktoś może jeść śniadanie, które nie zawiera tony mięsa i dwóch ton pieczywa. Postanowiłam go ignorować i nie spojrzałam na niego nawet kiedy usiadł koło mnie i uporczywie się we mnie wpatrywał.
- Tak w ogóle to mam dla ciebie prezent - powiedział nagle.
- Co? Ale po co? Jacob, przecież wcale nie musiałeś mi niczego kupować. To...
- To nie ode mnie - przerwał mi. - To od twojej rozrzutnej wampirzej rodzinki. Ja tylko dostarczam - i to powiedziawszy wyciągnął z kieszeni kluczyk – srebrny i długi z niebieską kokardą. Powstrzymałam się z wysiłkiem od ponownego wywrócenia oczami. Dobrze wiedziałam, do czego był to kluczyk – do mojego nowego samochodu. Rzucił mi go i choć samochód nie budził we mnie ekscytacji wstałam od stołu i otworzyłam drzwi wejściowe. Samochód stał na podjeździe. Był to McLaren, srebrny i z całą pewnością nowy, ale na tym moja wiedza się kończyła i wcale nie miałam ochoty dowiadywać się o nim czegokolwiek więcej.
- Zamarzniesz. - Jacob stanął za mną i objął mnie ramionami.
- Wcale nie jest mi zimno - odpowiedziałam, ale Jake mnie nie puścił.
- Nie chcę cię martwić, ale w środku jest jeszcze trochę innych prezentów - dodał, a kiedy odwróciłam się do niego uśmiechnął się szeroko.
Wyswobodziłam się z jego objęć i wyszłam na górę, żeby się ubrać. Ledwo zdążyłam, bo Jacob zaraz zapukał i nie czekając na zaproszenie wszedł do środka taszcząc wielkie pudło. Była to wieża stereo.
- A to co jest? - spytałam.
- Jak widać wieża.
- Och, przecież wiesz o co pytam - westchnęłam.
Wyszliśmy na zewnątrz. W bagażniku było jeszcze kilka pudeł: nowiutki laptop, słuchawki, tablet oraz dwa z moimi ulubionymi książkami i płytami. Kiedy wszystko to było już w moim pokoju podjęłam decyzję, że na obiecane zakupy pojedziemy od razu. Jacob bardzo chciał prowadzić i wcale nie musiał mnie długo o to prosić. Lubiłam samochody, ale z całą pewnością nie tak bardzo jak Jake.

wtorek, 5 stycznia 2016

Brak komentarzy

Witam serdecznie!
Tego posta miałam wstawić wczoraj, ale wspaniała Lusia dodała komentarz i nie mogłam wam odmówić kolejnego rozdziału. Muszę jednak przyznać, że komentarzy mam bardzo mało, a plusików o które prosiłam - wcale. Dlatego też, aby wywiązać się z umowy nie wstawiam nowego rozdziału. Tak bardzo was proszę, zacznijcie komentować. Już nawet wyłączyłam blokadę obrazkową :)
A na zachętę dodaję krótki fragmencik. Nie z następnej części, ale zawsze. Chcę, abyście mieli na co czekać :D


***

Wykorzystałam fakt, że przybysz wciąż jeszcze spacerował wzdłuż polany i przybliżyłam się do czytnika. Miałam tylko nadzieję, że jego obsługa nie jest zbyt skomplikowana i że nie wyda z siebie żadnego dźwięku. Wyciągnęłam rękę za siebie i na oślep wymacałam czujnik. Zaraz potem rozległo się cichutkie kliknięcie i drzwi się otworzyły. Zanim nieznajomy się zorientował co zrobiłam wślizgnęłam się do środka i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Natychmiast się od nich odsunęłam i sięgnęłam do torebki po telefon. Miałam w nim bardzo mało kontaktów, ale i tak przeglądając je zastanawiałam się do kogo zadzwonić. Kogo w to wciągnąć? Komu miałam przydzielić
tak odpowiedzialne zadanie? Charliemu? Ale Charlie był tak żałośnie bezbronny. Moja wampirza rodzinka też odpadała - byli za daleko.Pozostawała więc tylko jedna osoba. Właściwie to od samego początku było wiadomo, na kogo padnie.
- Jacob? – szepnęłam. – Mówi Renesme. Błagam, musisz mi pomóc.

***

Tak więc jeśli chcecie się dowiedzieć jak się to wszystko skończy (a także jak się zacznie) to komentujcie. Wiem, że niektórzy z was nazwaliby to szantażem, ale co mi tam :)
No napisania wkrótce,
Zuzu

ROZDZIAŁ 6 - ZAŚMIAĆ SIĘ NA ŚMIERĆ

Nie jestem pewna ile tam staliśmy, przytuleni do siebie. Wiem tylko, że kiedy w końcu Jacob mnie puścił oboje byliśmy raczej zakłopotani i żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. W końcu pierwszy odezwał sie Jake:
- Pomóc Ci się rozpakować? - spytał, ale w jego głosie było coś, co podpowiadało mi, że to bardzo wymuszone pytanie.
 - Tak, byłabym wdzięczna - odpowiedziałam szybko starając się zamaskować zażenowanie.
Zabraliśmy się do pracy, chociaż, sądząc po bardzo małej ilości mojego bagażu miało nam to zająć nie więcej niż pół godziny. I tak też było. Ja zajęłam się ubraniami, starając się zostawić na wierzchu te, które nadawały się do noszenia w Forks, a pozostałe upchać na samo dno szafy, tak aby zabierały jak najmniej miejsca. Jacob natomiast zajął się pozostałymi drobiazgami, które przywiozłam z domu. Kiedy odwróciłam się od szafy i znów spojrzałam na pokój z ulgą zauważyłam, że stał się nieco mniej sterylny i pusty. Na półce na książki leżał mój pamiętnik i album ze zdjęciami, na szafce nocnej stała teraz przyniesiona skądś lampka. Na biurku w schludnym stosiku piętrzyły się moje płyty z muzyką (chyba nie miałam na czym ich słuchać, ale nie przejęłam się). Jacob znalazł też wazonik z kwiatami i ustawił je na komodzie zaraz obok zdjęć mojej rodziny. Wśród obcej pościeli dostrzegłam znajomy szczegół - moją ukochaną poduszkę z wizerunkiem wilka. Teraz było tu odrobinę bardziej jak w domu. Uśmiechnęłam się do Jake, a on, na szczęście, odpowiedział mi tym samym.
- Jacob, zjesz z nami kolację? - usłyszałam z dołu.
- Bardzo chętnie, jeśli to nie problem. Dzięki, Sue! - odkrzyknął chłopak.
- To chodźcie już - odpowiedziała.
Jacob od razu zbiegł na dół, ja jeszcze chwilę zaczekałam. Na szafce nocnej położyłam najdroższe mi przedmioty: bransoletkę i medalion. Dopiero wtedy poczułam, że jestem, może nie w domu, ale u siebie.
Kiedy zeszłam na dół zaskoczył mnie widok Charlie'go. Nie słyszałam jak przyszedł, a nie sądziłam, że rozpakowywanie aż tak mnie pochłonie. Gdy tylko go zobaczyłam rzuciłam się mu na szyję i gorąco podziękowałam za tą wspaniałą propozycję przyjazdu tutaj. Dziadek trochę niezdarnie poklepał mnie po plecach i wyraźnie było po nim widać, że wolałby gdybym go puściła. Ponarzekał trochę, że znów zbytnio się zmieniłam i że nie planował spędzić tych wakacji na pilnowaniu nastolatki (jedna zupełnie mu wystarczy), ale uśmiechał się przy tym tak, że nie sposób było uznać tego za prawdziwe narzekanie. Zaraz potem dodał, że nie chce wiedzieć nic ponad to, co jest absolutnie konieczne i przeszedł do salonu aby włączyć w telewizji mecz.
Chwilę później siedziałam już przy stole w kuchni razem z nim, Sue, Jacobem i, ku mojemu zaskoczeniu, Sethem. Zmartwiłam się jednak, kiedy kobieta podała mi talerz. Gorąca pieczeń, świeże ziemniaki i młodziutka marchewka z całą pewnością były pyszne, ale nie dla mnie. Ja zwyczajnie takich rzeczy nie jadałam. Sue wiedziała o mnie wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że mogę jeść ludzkie jedzenie i zbyt mało by wiedzieć, że większości tego jedzenia nie lubię. Nie chciałam jednak sprawiać jej przykrości. Poprzysięgłam sobie, że w najbliższym czasie powiadomię ją o moich, no powiedzmy, zwyczajach kulinarnych, a dzisiaj zjem przygotowany obiad. Nie chodziło o to, że był niesmaczny. Wszystkie zmysły miałam wyostrzone, smak również, i potrafiłam docenić jego walory smakowe, zwyczajnie nie były to "walory", które smakowałyby mnie. Wiem, że to strasznie głupie, że tak rozwodzę się nad jedzeniem, ale nic nie mogę na to poradzić. Zaczęłam od ziemniaków i marchewki, bo najbardziej na świecie nie lubiłam mięsa. I nic mnie nie obchodzi, że według zwykłych ludzi krew smakuje jak mięso - a guzik prawda! Krew to krew, a mięso to paskudztwo. Z tej jakże trudnej sytuacji wybawił mnie Jacob. Kiedy Sue wyszła do kuchni, aby przynieść coś do picia, chłopak pochylił się ku mnie i z zawadiackim uśmieszkiem spytał:
- Będziesz jeszcze jadła, Nessie? Czy może podzielisz się z wygłodniałym wilkiem? - i nie czekając na odpowiedź zrzucił moją porcję na swój talerz. Dałam mu kuksańca w bok, ale jednocześnie się uśmiechnęłam. Byłam wdzięczna i Jake dobrze o tym wiedział.
Kiedy reszta kończyła jeść, ja pogryzałam chleb przyniesiony z kuchni. Jak się okazało bardzo smaczny w połączeniu z pieczeniowym sosem. Po kolacji powiedziałam, że jestem bardzo zmęczona i że idę się położyć. Ku mojemu zaskoczeniu dołączył do mnie Jacob. Spojrzała na niego pytając zatrzymując się w połowie schodów i odwracając do niego.
- Zostawiłem u ciebie kluczyki do auta - wyjaśnił i przecisnął się koło mnie na schodach. To wyjaśnienie wydało mi się tak bardzo głupie i oczywiste, że wybuchłam śmiechem i z trudem doszłam do mojego pokoju. Jake spojrzał na mnie jakbym postradała rozum i powiedział:
-  Wiesz, Ness, ty chyba naprawdę jesteś bardzo zmęczona. Powinnaś się już położyć... O ile zdołasz - dodał na koniec widząc, że zataczam się ze śmiechu i łapiąc mnie w ostatniej chwili bo zachwiałam się niebezpiecznie. Posadził mnie na łóżku, ale ja dalej się śmiałam i chłopak, mimo woli się do mnie przyłączył. Zwijaliśmy się ze śmiechu przez dobre 10 minut, a kiedy Jake powiedział (z trudem go rozumiałam bo oboje wciąż chichotaliśmy), że nawet nie wie z czego się śmieje, atak rozpoczął się na nowo. Kiedy w końcu udało się nam jako tako uspokoić byłam naprawdę zmęczona a do tego bolał mnie brzuch.
- Jake, podrzucisz mnie jutro do miasta? - zapytałam. -  Nie mam w czym chodzić - dodałam wskazując wymownie na otwartą szafę.
- Tak, przyjadę. Jasne - chłopak zgodził się z zagadkowym uśmieszkiem na twarzy. - A teraz uciekam stąd zanim zaśmiejesz mnie na śmierć.
I to powiedziawszy wstał, jednym ruchem ręki zgarną z komody swoje kluczyki, pomachał mi i wyszedł. Mnie nawet nie chciało się przebierać w piżamę. Z największym trudem zdjęłam buty i spodnie po czym wczołgałam się pod kołdrę. Po kilku minutach już spałam.

piątek, 1 stycznia 2016

ROZDZIAŁ 5 - WSZYSTKO NOWE

Jeszcze zanim zdążyłam podejść do samochodu Jacob podbiegł do mnie. Zabrał mi moje torby i odstawił je na ziemię. A następnie zamknął mnie w niedźwiedzim, a raczej wilczym, uścisku.
- Tak bardzo za tobą tęskniłem - powiedział cicho. Nie byłam pewna co odpowiedzieć. Oczywiście mnie też go brakowało, ale nie chciałam się do tego przyznać nawet przed samą sobą, a co dopiero przed nim. Przerażał mnie fakt, że nie mogłam bez niego wytrzymać nawet tygodnia, a przecież musiałam się do niego oddalić,dla jego własnego dobra. Dlatego nic nie odpowiedziałam.
Jacob w końcu mnie puścił, jedną ręką zgarnął moje torby i podszedł do samochodu. Otworzył mi drzwi od strony pasażera, powiedział "wsiadaj" i wrzucił moje torby na tylne siedzenie. Kiedy zajmował miejsce kierowcy ja już byłam w środku. Milczał i trochę mnie to niepokoiło. Nie chciałam go obrazić tylko... No dobra, sama nie wiem co chciałam osiągnąć. Ucieszyłam się kiedy opuściliśmy parking i Jake w końcu się odezwał:
- Nie jesteś dzisiaj zbyt rozmowna, co? - zapytał wesoło, ale w jego oczach krył się smutek.
- Jestem po prostu zmęczona - powiedziałam i dotknęłam jego dłoni opartej na gałce do zmiany biegów pokazując jak spędziłam dzisiejszy dzień.
- Rozumiem - mruknął i już się nie odezwał.
Szybko zabrałam rękę i pogrążyłam się we własnych myślach wdzięczna za chwilę ciszy. Jednak to o czym rozmyślałam wcale mi się nie podobało. Po głowie w kółko krążyły te same pytania: jak ja mam się odseparować od mojego Jacoba i jak mam bez niego żyć? Nie potrafiłam znaleźć na nie odpowiedzi i niezbyt mi się to podobało.
Zajechaliśmy pod dom Charliego wyjątkowo szybko. Jake wysiadł ze mną i zabrał moje torby, ale nadal milczał. W drzwiach powitała nas Sue. Krótko wyjaśniła mi, że Charlie wciąż jest na posterunku i dlatego mnie nie odebrał i że dlatego też poprosiła o pomoc Jacoba. Grzecznie się z nią przywitałam, podziękowałam z zaproszenie i bąknęłam coś o tym, że jestem bardzo zmęczona więc Sue zaprowadziła mnie do mojego pokoju prosząc abym się rozgościła i czuła jak u siebie. Była to oczywiście stara sypialnia Belli, ale pomieszczenie bardzo się zmieniło. Mama juz dawno zabrała swoje rzeczy, a później ktoś - najprawdopodobniej Sue -  wszystko inne. Pokój był całkiem pusty, nie licząc łóżka z pościelą. Na biurku nic nie leżało, w szafie nic nie było. Puściutki regał na książki, opróżniona komoda i szafka nocna. Żadnego dywanu, obrazów, nawet zasłon nie było. Na pierwszy rzut oka widać, że nikt tu nie mieszka. To nie mógł być mój pokój! To nie mógł być mój dom! Nic tu nie znałam! Kiedy mieszkałam w Forks wcale nie ruszałam się z posiadłości Cullenów.  Nie znam miasta, nie znam ludzi. Ja przecież nawet nie znam Sue, a przecież odtąd będę mieszkać pod jej dachem. Owszem odwiedzamy Charliego, a Charlie odwiedza nas, ale Sue bardzo rzadko mu towarzyszy, właściwie to nigdy. Czułam, że wpadam w panikę i nic nie mogłam na to poradzić.
Nagle coś odwróciło moją uwagę od przerażająco pustego pokoju. To Jacob wszedł za mną i postawił moje torby pod szafą. Spojrzałam na niego i nagle uświadomiłam sobie jakie mam szczęście, że tu jest, że jest ze mną, że jest moim przyjacielem. Nie mogłam się powstrzymać i rzuciłam mu się w ramiona. Przytulił mnie, a był przy tym tak wysoki, że nogi dyndały mi w powietrzu.
- Ja też za tobą tęskniłam, Jake - szepnęłam mu do ucha. - Bardzo bardzo tęskniłam. Tak się cieszę, że tu jesteś. Dziękuję.
I chociaż wiedziałam, że to jest złe, że nie powinnam się tak zachowywać, nie przestałam się przytulać. W tej właśnie chwili przegrałam walkę z samą sobą, ale zupełnie się tym nie przejmowałam.
- Wiem - odpowiedział Jacob.

2 tysiące

Udało się Wam kochani! Przekroczyliście dwa tysiące odwiedzin. Jestem z was dumna. Wiem, że nie dotrzymałam obietnicy, ale nie dostałam żadnych plusików :( Cały Sylwester spędziłam przed telewizorem oglądając Przyjaciół (całodzienny maraton na Comedy Central). Jest to fantastyczny serial i gorąco Wam go polecam, ale to tak na marginesie.
Przede wszystkim chcę Wam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku 2016, i oby był jeszcze lepszy niż miniony 2015.
A teraz zabieram się do pisania rozdziału piątego. Życzcie mi powodzenia, komentujcie i świętujcie Nowy Rok.
Całusy
Zuzu

środa, 30 grudnia 2015

Nowy post

Czy to się dzieje naprawdę? Czy to możliwe? Ja chyba sama w to nie wierzę. Ale naprawdę udało mi się dodać kolejny rozdział! Po ponad roku. Zapewne wcale nie interesuje Was jak to się stało, ale i tak o tym opowiem. Otóż dzisiaj zorientowałam się, że na blogu, który śledzę (czytam, zaglądam, obserwuje - czy jak to się tam nazywa) nie pojawił się nowy post. I że nieobecność autorki przeciąga się od roku. Zdałam sobie sprawę jakie to frustrujące i uznałam, że nie mogę tak traktować swoich czytelników. Więc usiadłam i wymyśliłam całkiem nowy rozdział. Mało tego, wymyśliłam też kolejne. Niestety nie mam siły ich napisać po jest prawie pierwsza w nocy, ale liczy się sam fakt, że chce pisać. Jutro (to znaczy dzisiaj) zapewne nie pojawi się nic nowego, bo wybieram się na narty, ale obiecuję jeszcze dwa rozdziały w tym roku! Zdaję sobie sprawę, że mam mało czasu, ale lubię wyzwania.
Was, bardzo proszę o komentarze. Nie musicie opisywać co się wam podobało ani co byście zmienili, ale zostawcie po sobie ślad. Proponuje taki układ: podobał ci się rozdział zostaw komentarz o treści "+" - tylko tyle. A jeśli uważasz że stać mnie na więcej to "-". Za 5 plusików dostaniecie nowy rozdział - w nagrodę. To naprawdę bardzo mnie zmotywuje.
Teraz, na koniec, chcę tylko podziękować tym osobom które tu jeszcze zaglądają. Od czasu do czasu zerkną, czy coś się nie pojawiło. Następnym razem się nie rozczarują! Naprawdę z całego serca wam dziękuję!!!
Do napisania znowu
Zuzu

ROZDZIAŁ 4 - PRZYJAZD

Spędziłam z Alice w samochodzie cudowne dwie i pół godziny. Przez cały czas narzekała na mój strój i tą "okropną torebkę", którą kupiła mi Bella. I wcale nie przemawiały do niej moje argumenty, że w przygotowanej przez nią kreacji wyglądałabym na wariatkę z powodu panującej pogody i że prezent od rodziców naprawdę bardzo mi się podoba. Następne godziny usiłowałam ją przekonać, że lot do Forks nie ma najmniejszego sensu i że powinnam pojechać tam samochodem, ale oczywiście nie dało się przemówić jej do rozsądku.
- Awionetka jest już zapłacona i marnotrawstwem byłoby ją ignorować - dokładnie tak mi powiedziała. Nie było sensu się z nią kłócić.
Tak jak przewidziałam, Alice nie miała w planie kupić mi przydatnych rzeczy zdatnych do noszenia. Nawet nie chodzi o to, że ja nie lubię sukienek, wręcz przeciwnie uwielbiam je nosić i oglądać. Ale kiedy ktoś na siłę stara się przebierać cię po cztery razy na dzień i robi ci po sto zdjęć w każdej z kreacji, zaczynasz tego nienawidzić. Naprawdę! Jeśli kiedykolwiek zechcecie kogoś zniechęcić do czegoś wystarczy, że każecie mu to robić po kilka razy dziennie. Znudzi się już po tygodniu, a ja musiałam to wytrzymywać przez 7 lat! Zwyczajnie miałam dość! Nie sprzeciwiałam się jednak. Posłusznie przymierzałam wszystko, co Alice mi wciskała i przymykałam oko na rosnącą liczbę toreb z zakupami. I tak zamierzałam sama zrobić sobie zakupy, kiedy już dotrę na miejsce.
Kiedy opuszczałyśmy centrum handlowe o 14:00, Alice była już w nieco lepszym nastroju, ale wciąż była niezadowolona, że nie kupiłyśmy wszystkiego. Dlatego obiecała mi, że w najbliższym czasie przyśle mi paczkę z brakującymi elementami mojej garderoby. Ja ze swojej strony byłam pewna, że jej nie otworzę.
Na lotnisku żegnałyśmy się krótko, moja przyjaciółka zdążyła tylko wcisnąć mi do ręki spakowane już torby podróżne, ucałowała mnie w oba policzki i już musiałam biec do samolotu. Zdziwiło mnie, że nie lecę sama. Byłam pewna, że tylko moja rodzina jest na tyle szalona, aby latać na takich odległościach. Ale nie. Dziewczyna z którą leciałam miała około 25 lat, gęste, ciemnobrązowe włosy i niebieskie oczy. Kiedy weszłam do samolotu przyjrzała mi się uważnie i już nie oderwała ode mnie wzroku. Było to bardzo denerwujące, więc po 10 minutach sama się odezwałam:
- Przepraszam Panią bardzo, czy mam coś na twarzy? Jestem brudna? Bo tak mi się Pani przygląda - starałam się mówić bardzo uprzejmie, ale byłam zirytowana i nie bardzo mi to wychodziło.
- Och, najmocniej przepraszam. Zwyczajnie bardzo mi kogoś przypominasz. I tak w ogóle jestem Jessica Stan... Jestem Jessica Newton - to powiedziawszy wstała ze swojego miejsca i wyciągnęła dłoń w moim kierunku. A kiedy ją uścisnęłam usiadła koło mnie. Fakt, że zawahała się przy własnym nazwisku nieco mnie zdziwił, zwłaszcza, że samo nazwisko już kiedyś obiło mi się o uszy i usilnie próbowałam sobie przypomnieć skąd je znam.
- Masz może coś  wspólnego z Mike'iem Newton'em? - zapytałam uświadomiwszy sobie, że był to znajomy mojej mamy z liceum w Forks.
- Oczywiście! Ale ty znasz Mike'a? No bo wiesz, od tygodnia jestem jego żoną. Naprawdę! - i zaczęła mówić. Opowiedziała mi o wspaniałym weselu i o tym jaki to Mike jest cudowny i dobry. Wszystkie te wiadomości wlatywały jednym uchem i wylatywały drugim, ale utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z jedną ze szkolnych przyjaciółek Belli - Jessicą Stanley.
- Ale czy ty masz coś wspólnego z Cullenami? - zapytała, nagle zmieniając temat. Przeraziła mnie, bo nie sądziłam, że ktoś mnie tutaj rozpozna i nie przygotowałam sobie żadnej wersji mojej historii.
- Yyyy... Ja... No tak jakby - odpowiedziałam niepewnie.
- Wiedziałam! - wykrzyknęła Jessica. - Wyglądasz kropka w kropkę jak Edward!
- No trochę tak. To mój starszy brat - zdecydowałam się brnąć dalej w kłamstwo, które przynajmniej znałam.
- To on ma siostrę? Ja cię chyba nigdy nie widziałam.
- Na pewno mnie nie widziałaś. Zostaliśmy rozdzieleni po śmierci naszych rodziców. Dopiero niedawno go odnalazłam. Biorąc to pod...
- A co robisz w Forks? - przerwała mi.
- Odwiedzam - urwałam nagle niepewna co odpowiedzieć. Jessica spojrzała na mnie pytająco. - Przyjechałam odwiedzić Charliego - uznałam, że prawda będzie najbezpieczniejsza
- Charliego? Ojca Belli? Po co?
- Ja znam go dość dobrze. To trochę dziwne, ale to on pomógł mi odnaleźć brata i wtedy się zaprzyjaźniliśmy. To cudowny człowiek.
- Nie wątpię - mruknęła. - Na długo zostajesz?
- Pewnie na całe wakacje. Mam też znajomych w La Push.
- Bardziej przypominasz mi Bellę niż Edwarda. No wiesz, żonę twojego brata. Nie z wyglądu oczywiście, ale z zachowania. Czuję się jakbym wróciła do liceum.
- Przepraszam - odparłam niepewnie.
- Nie masz za co - dziewczyna wybuchnęła śmiechem. - To po prostu trochę dziwne. Ale czekaj, czekaj... Lecisz z Portland. To tam teraz mieszkają Cullenowie? Byłam pewna, że wynieśli sie w okolicę Bostonu.
- Nie, nie. Nie mieszkają w Portland. Właściwie to nie wiem, gdzie teraz są. Edward mówi, że ciągle gdzieś się przenoszą. A zresztą i tak on mieszka tylko z Bellą, więc może reszta Cullenów jednak jest w Bostonie. Nie znam ich zbyt dobrze więc nie wiem - w tym momencie naprawdę się cieszyłam, że odziedziczyłam talent do kłamania po ojcu, a nie po Belli.
- To bardzo ciekawe... To co robiłaś w Portland?
- Byłam na otwarciu nowej galerii - stwierdziłam, że w tym przypadku mogę nie kłamać.
- I tylko po to fatygowałaś się aż do Portland?
- To było po drodze. Na co dzień mieszkam w Wisconsin - wyjaśniłam zwięźle.
Później Jessica coś jeszcze mi opowiadała, ale właściwie to już byłyśmy na miejscu więc musiałyśmy się pożegnać. Pomachałam jej na do widzenia i przyglądałam się wita się z wyższym od niej blondynem - zapewne Mike'iem Newtonem.
Dopiero później zaczęłam się rozglądać za charakterystycznym wozem policyjnym i oczywiście się rozczarowałam. Nigdzie go nie było. Już miałam zadzwonić do Charliego i uprzejmie przypomnieć mu o swoim przyjeździe, ale wtedy jeszcze raz rzuciłam okiem na parking i telefon okazał się niepotrzebny. Stał oparty o maskę swojego czarnego forda. Kiedy spostrzegł, że go zauważyłam uśmiechnął się od ucha od ucha i pomachał mi. Mój Jake... Nie mogłam nie odpowiedzieć mu tym samym.
Ruszyłam w jego kierunku myśląc jednocześnie jak, u licha, mam unikać Jacoba, skoro jest pierwszą osobą, którą zobaczyłam w Forks?

środa, 29 października 2014

Wow!

Naprawdę nie wierzę, że ktoś tu jeszcze zagląda. Wiem, że nie dotrzymałam obietnicy z poprzedniego posta i strasznie przepraszam. Nawet teraz pamiętam, że tata zawołał mnie do kuchni i poprosił o zrobienie mu kolacji a potem nie miałam czasu na pisanie, bo zrobiła się 22.00. Naprawdę mi przykro. Postanowiłam dodać tu ten sam post co na moim innym blogu. Więc dzisiaj o sednie blogowania, a w weekend może rozdział o Nessie?
Kiedy byłam jeszcze bardzo małą dziewczynką, zapytałam kogoś bardzo mi bliskiego i mądrego co to jest blog. Mój tata uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafi i odpowiedział: "To taki internetowy pamiętnik, który wszyscy mogą zobaczyć. Jeśli chcesz to ci taki założę i będziesz pisać." Wydało mi się to trochę dziwne, bo pamiętnik kojarzył mi się z czymś tajemniczym, czymś co jest tylko moje i należy to trzymać zamknięte na klucz w szufladzie. Zawsze chciałam założyć pamiętnik, ale nie miałam cierpliwości do samego pisania, więc odpowiedziałam, że nie chcę bloga, bo pamiętniki są prywatne. Kiedy nieco urosłam i zaczęłam zaglądać na inne strony niż dladzieci.pl odkryłam, że istnieje wiele blogów, które wcale nie opisują życia tylko jakieś filmy czy zespoły muzyczne. Nie rozumiałam tego, bo tatuś powiedział, że blog to pamiętnik, a tatuś ma zawsze rację. Tak naprawdę sedno tego tematu pojęłam teraz, leżąc w łóżku przy zgaszonym świetle, 29 października 2014 o godzinie 23.30, 12 lat po tej pierwszej rozmowie. Tak naprawdę, każdy blog bez względu na to o czym jest, to pamiętnik. Każdy post to jakieś wspomnienie, a stare blogi to dowody naszych dawnych pasji. Rozumiem ludzi, którzy kończą bloga, bo coś się im znudziło, bo już nie mają czasu. Jednak nie mogę pojąć jak można wyrzucić bloga z sieci, zamknąć go, usunąć. To przecież nasza historia, nasze wirtualne dziecko. A mówiąc nasze mam na myśli wszystkich blogerów.
Takie moje przemyślenia. A i jeszcze jedno. Ktokolwiek tu zagląda (choćby i od święta) niech zostawi po sobie pamiątkę w postaci komentarza. Uważam, że jest to na tyle stary blog, że mogę o to prosić. Bez komentarzy brakuje mi chęci do pisania :(
Całusy
Zuzu

środa, 19 lutego 2014

Cześć wszystkim,
Jeżeli statystyki nie kłamią, to w dalszym ciągu mam jakichś czytelników. To musi wydawać się strasznie dziwne, bo od ponad pół roku nic nie napisałam a wciąż sprawdzam statystyki. No nie ważne.
Chcę bardzo podziękować wszystkim, którzy tu przychodzą i poinformować ich, że nie zakończyłam tego bloga. To fakt, rzadko piszę, a właściwie to wcale, ale saga trochę mi się znudziła. Teraz powoli znów wkrada się do moich łask, a ponieważ dzisiaj nic nie mam zadane, a prywatny angielski został odwołany to spróbuje napisać kolejny rozdział. Pojawi się dziś lub jutro. Życzcie mi powodzenia i mam nadzieję, że nie będzie zbytnio przymulony (ten rozdział rzecz jasna). Proszę dodawajcie komentarze i odwiedzajcie tego bloga.
Zuzu
PS Przeczytajcie jeszcze raz te trzy stare rozdziały, bo dodałam do nich kilka zmian.

poniedziałek, 20 maja 2013

Moi kochani,
bardzo się cieszę, że mam tak wielu czytelników (wczoraj mój blog odwiedziło 36 osób). Bardzo chętnie zabrałabym się do pisania kolejnych rozdziałów na które mam już i pomysł, i czas. Istnieje jednak pewien problem. Potrzebuję do ich napisania książki "Zaćmienie" autorstwa Stephanie Mayer online. Chcę wykorzystać legendy z ogniska w La Push i kilka innych fragmentów. Pozostałe trzy części sagi już znalazłam, ale Zaćmienie, którego najbardziej potrzebuję, nie mogę wyszukać. Dlatego zwracam się z prośbą do was, kochani czytelnicy, abyście pomogli mi w poszukiwaniach i w komentarzach (których tak  na marginesie w ogóle nie piszecie) podali mi linki do stron gdzie mogę to znaleźć  Bardzo ważne jest jednak, aby było to tłumaczenie oryginalne, czyli przełożeniu Joanny Urban. Bardzo proszę o pomoc, a jak na razie postaram się wymyślić kilka rozdziałów zanim dojdę do Quileckich legend.
Pozdrawiam was serdecznie i gorąco proszę o pomoc
Zuzu

niedziela, 12 maja 2013

ROZDZIAŁ 3 - WYJAZD

Nieśpiesznie dopiłam mleko i z powątpiewaniem przyjrzałam się naszykowanej dla mnie, przez Alice, kreacji. Była to bardzo cienka, lniana sukienka na ramiączkach. Wyjrzałam przez okno. Padał deszcz, a termometr wskazywał 10*C - piękna pogoda jak na maj - pomyślałam. Zignorowałam więc sukienkę, a zamiast niej włożyłam dżinsy i bawełnianą , kolorową bluzkę. Na ramiona narzuciłam cienki sweterek, a na nogi wsunęłam wygodne adidasy. Rozczesałam długie do pasa włosy i dla większej wygody przerzuciłam je przez lewę ramię. Z danych mi przez Alice 7 minut zostało mi 5.
Dopiero teraz zauważyłam, że moja ciocia nie zabrała swojej torby podróżnej. Zajrzałam do środka. Była prawie pusta. Dorzuciłam więc do niej swój pamiętnik, kilka wygodnych ubrań (bo byłam pewna, że Alice zamierza spakować mi tylko ubrania eleganckie) m. in. dwie pary dżinsów, dres, kilka podkoszulek i bluzek z długim rękawem oraz ulubioną poduszkę i album ze zdjęciami. Udało mi się też wepchnąć pantofle i te idiotyczne, eleganckie, białe sandałki naszykowane przez Alice. 
Przewiesiłam sobie torbę przez ramię, z szafki nocnej zabrałam tacę i w tej samej chwili zauważyłam na niej swoją ukochaną bransoletkę i medalion ze zdjęciem naszej trzyosobowej rodziny. Jednym ruchem wsunęłam je do kieszeni i zeszłam na dół.
W salonie byli wszyscy prócz Carlisla i Emmetta. Ten pierwszy był pewnie w szpitalu, ale zaciekawiła mnie nieobecność tego drugiego.
- Jest na polowaniu - odpowiedział tata, a ja kątem oka zauważyłam, że mama znika za rogiem, w małej bibliotece.
- Pewnie zaraz do niego dołączę, ale mnie, w przeciwieństwie do niego, zależy na tym, aby się z tobą pożegnać - dodała Rosalie. W międzyczasie Esme zabrała mi tacę z rąk i zaniosła do kuchni.
- W takim razie, do zobaczenia Renesmee - tata uśmiechnął się i wyciągną do mnie ręce. Przytuliłam się.
- Możesz być pewna, że niedługo cię odwiedzimy - obiecała mama. Odwróciłam się do niej i także ją uściskałam. Wręczyła mi trzymaną przez siebie torebkę, dość dużą i bardzo ładną, prostą, bez szaleństw. 
- Są w niej małe upominki od każdego z nas i  kilka drobiazgów, których Alice raczej ci nie kupi - powiedziała mama. Później pożegnałam się z Rose i Esme, ale gdy podchodziłam do Jaspera moich uszu dobiegł głośny i przeciągły dźwięk klaksonu samochodu. Ktoś warknął i był to chyba tata, ale nie odwróciłam się, aby sprawdzić.
- Do widzenia Nessie. - Jasper pożegnał się krótko. - Idź już, bo Alice do cierpliwych nie należy. Pomachałam wszystkim i wybiegłam z domu na deszcz.